Od kilku lat moim marzeniem był zakup kotka rzadkiej rasy, w końcu po uzbieraniu odpowiedniej kwoty zaczęłam szukać hodowli. Znalazłam tylko 4 takie hodowle gdzie tylko w jednej sprzedawano kocięta- na stronie znalazłam opis, że hodowla jest najlepsza w Polsce, że same championy, że wzorzec rasy…Nie biorąc pod uwagę tego, że to zwykły chwyt marketingowy, zdecydowałam się na zakup kociaka. Kota miałam odebrać po skończonym 12 tyg jednak gdy miał skończone 11 tyg okazało się, że będę przejeżdżać przez miejscowość gdzie mieści się hodowla więc napisałam do hodowcy maila z zapytaniem czy byłaby możliwość odebrania kota wcześniej. Od razu otrzymałam odpowiedź, że nic nie stoi na przeszkodzie. Po przyjechaniu do hodowli wpuszczono mnie do jednego pomieszczenia gdzie zobaczyłam 3 koty różnych ras i grzywacza chińskiego, porozmawiałam chwilę z hodowcą a następnie został mi przyniesiony kotek. Pan wziął go na kolana i obciął mu paznokcie a następnie poinformował mnie, że reszta miotu już wyjechała i pojawił się u nich katarek więc ja mam podawać wit C i pokazał jak się ją podaje (zażartował, że katar jak u ludzi leczony trwa tydzień a nieleczony 7 dni) a że on jest lekarzem weterynarii to wie co mówi i jakby co mam do niego dzwonić. Szybciutko zapakował kota do kontenerka i stwierdził, że bardzo mu się spieszy bo jest umówiony. Wzięłam kotka do auta i pojechałam do domu. W domu okazało się, że kociakowi leci mocno z nosa, ma załzawione oczy i ciągle kicha no, ale przecież zostałam poinformowana, że pojawił się katar… Na następny dzień było równie źle co dnia poprzedniego więc zadzwoniłam do hodowcy, że z kotkiem nie jest dobrze – uspokoił mnie, że to nic strasznego i mam podawać rutinoskorbin. Po 3 dniach ,,kuracji” kociak przestał łzawić, ale cała reszta pozostała. Po kolejnych 3 dniach gdy kociak nadal kichał i rzęził zadzwoniłam do weta i umówiłam się na następny dzień. Na wizycie dowiedziałam się, że katar u ludzi a ten koci to zupełnie co innego i jeżeli objawy byłu już w pierwszy dzień to oznacza, że kot przyjechał już do mnie chory, jednocześnie zauważając dziwne znamię na łapce stwierdził, że mam to obserwować bo podejrzewa grzybicę (miał rację). Weterynarz zwrócił również uwagę na nieprawidłowo wykonany kalendarz szczepień (2 szczepienia w ciągu 11 dni) oraz fakt wydania mi kociaka przez hodowcę dzień po szczepieniu razem z zaświadczeniem od weta o braku przeciwskazań do transportu oraz gwarancję zdrowia kota. Po powrocie do domu zaczęłam szukać informacji na temat praktyki weterynaryjnej hodowcy oraz praktyce lekarza, który wykonał szczepienie -nie znalazłam ani jednego ani drugiego. Zadzwoniłam do Krajowej Izby Lekarsko Weterynaryjnej i dowiedziałam się, że hodowca nigdy weterynarzem nie był a weterynarz szczepiący kota istnieje tylko pod innymi danymi i prawdopodobnie bez prawa do wykonywania szczepień – kazano mi złożyć odpowiednie pismo celem sprawdzenia nieprawidłowości. Złożyłam odpowiednie pismo w Izbie oraz w prokuraturze. W międzyczasie otrzymałam anonimową informację, że hodowca jest znany w swoim mieście i że podrobił pieczątkę jeszcze innego weterynarzy ( z którym się skontaktowałam i potwierdziłam anonim) sprzedając chore zwierzęta z ,,jego” zaświadczeniem o dobrym stanie zdrowia.
W przyszłym miesiącu zostanie ustalony termin rozprawy w sądzie weterynaryjnym a pan hodowca ma dzisiaj rozprawę za podrobienie pieczątki. Jak już otrzymam wszystkie oficjalne dokumenty to umieszczę je na forum.
Wszystkim zainteresowanym jak walczyć z nieuczciwymi hodowcami bardzo chętnie pomogę – naprawdę warto walczyć – dla dobra zwierząt, które muszą cierpieć przez czyjąś chęć szybkiego i łatwego zarobku.